wtorek, 19 listopada 2013

Yankee

Gdy mówię Yankee myślę o zapachu, wypełniającym całe moje mieszkanie. O zapachach Yankee słyszałam już dosyć dawno temu, jednak przez dłuższy czas nie mogłam się zebrać w sobie i kupić coś z ich produktów. W końcu postanowiłam nabyć woski, dzięki nim niewielkim kosztem mogłam wypróbować zapach oraz trwałość zapachów. Zanim jednak znalazły się one w moich rączkach musiałam podjąć dwie a nawet trzy decyzje. Po pierwsze musiałam nabyć kominek, z tym nie było najmniejszego problemu. Po drugie zdecydować gdzie je nabyć, ponieważ w żadnym sklepie w moim mieście nie są dostępne. W końcu znalazłam sklep, w którym woski były w najniższych cenach oraz wysokość kosztów przesyłki nie była wygórowana. Ten sklep to http://www.goodies.pl/ Szybka, bezproblemowa wysyłka, zdecydowanie mogę polecić.
No i doszyliśmy do punktu trzeciego jaki zapach kupić. No przyznam, że wybór jest powalający, jakbym mogła kupiłabym je wszystkie, jednak narzuciłam sobie limit dwóch, sądzę że na początek to wystarczy, ale tylko na początek. Wybrałam:
oraz
Jak na razie postanowiłam wypróbować pierwszy z nich czyli solony karmel. Muszę przyznać, że jest to dość intensywny zapach o słodkim charakterze. Wystarczy naprawdę odrobina wosku, aby aromat rozniósł się po całym mieszkaniu. Trwałość jest również zaskakująca, zapalając wosk rano na kilka minut jeszcze na drugi dzień czuć delikatną woń. Doskonale wyczuwalna jest również nuta zapachowa soli. Biorąc pod uwagę moc zapach i minimalne zużycie uważam, że solony karmel jeszcze długo będzie gościć w moim kominku :)


poniedziałek, 18 listopada 2013

Angielski nie całkiem obcy

Tak jak wspominałam w przedostatnim poście wziełam się ostro za pracę na swoim kulejącym angielskim. Spotkałam się sama z sobą przy gorącej czekoladzie i podjęłam burzę mózgu na temat tego w czym może tkwić problem. No bo skoro angielskiego uczę się o 1 klasy gimnazjum, to już całkiem sporo lat a jednak jego poziom nadal jest mierny. Dużo rozumiem jednak mam straszne problemy z mówieniem i pisaniem. Czy ten stan to oby na pewno tylko moje lenistwo i brak inteligencji. No raczej nie. Przebrnęłam przez kilka tygodni kursu w Empiku jednak prowadzący nie był w stanie dotrzeć do mnie i otworzyć na komunikację. Dlatego też postanowiłam ugryźć angielski od troszeczkę innej niekonwencjonalnej metody- pracy nad żywym językiem a nie tym serwowanym w szkolnych podręcznikach. Poniżej moje pomysły na nowe podejście do języka:
  • angielski kryminał-  długo krążyłam przy regale z podręcznikami do nauki języka, ale żaden specjalnie mnie nie przekonywał. Dojrzałam natomiast wśród nich małą książeczkę. Jak się okazało był to dość nieszablonowy podręcznik, który uczy języka na postawie treść kryminału. A w związku z tym, iż lubię czytać książki postanowiłam połączyć przyjemne z pożytecznym. Poznaję ciekawą historię i dodatkowo uczę się nowych słówek i konstrukcji gramatycznych. Jest kilka książek z tej serii odpowiadających różnym poziomom zaawansowania.
    http://www.jezykiobce.pl/angielski-kryminal-z-cwiczeniami-danger-in-high-places,1024.html
  •  wymiana językowa na odległość- już dosyć dawno poznałam portal my language exchange, na którym to możemy poznać ludzi, którzy chcieli by np. nauczyć się języka polskiego a w zamian oferują wam pomoc w nauce swojego ojczystego języka. Nie dość, że można zwiększać swoje umiejętności to dodatkowo można poznać ciekawych ludzi z całego świata.
    http://www.mylanguageexchange.com/ 
  • nietradycyjny SMS- moje nowe odkrycie, które również łączy w sobie naukę języka obcego z okazją poznania nowych ludzi, a o czym mowa a o postcrossingu czyli wysyłaniu oraz odbieraniu kartek pocztowych z całego świata. Na kartkach piszemy, krótką wiadomość dla odbiory, w języku angielskim bądź w języku adresata. Dopiero zaczynam przygodę z tą zabawą ale już na koncie mam swoją pierwszą wysłaną pocztówkę.
    http://www.postcrossing.com/

Mam nadzieję, że te wszystkie nowe metody nauki pomogą w sposób praktyczny przyswoić mi język angielski a przy okazji może uda mi się poznać nowych ludzi. Zobaczymy :)

wtorek, 5 listopada 2013

Listopadowa WishLista

Jedną z metod uporządkowania świata wokół siebie jest stworzenie "wishlisty". Jest to lista zawierająca nasze większe bądź mniejsze pragnienia. Czaso- okres obowiązywania takiej listy może być różny, począwszy od dnia, tygodnia a skończywszy na okresach kilkuletnich. Na wishlistę można wstawiać zarówno rzeczy niematerialne np. rzucić palenie ale także bardziej namacalne przedmioty takie jak np. nowa sukienka. Mi najbardziej przypadły do gustu listy miesięczne, na których planuję umieszczać swoje zakupowe plany. Dzięki temu uporządkuję sobie w głowie te rzeczy, które są mi naprawdę potrzebne bądź które naprawdę mi się podobają. Mam nadzieję, że pomoże mi to uchronić się przed nieprzemyślanymi zakupami.


  1. Skórzane kozaki w kolorze karmelowym bądź jak kto woli w kolorze camel. Ciężko mi przypasować z kozakami, te szukałam długo jednak jak już je ujrzałam to zakochałam się w nich od pierwszego wejrzenia. http://elilu.pl/obuwie/kozaki_oficerki_rude_camel_braz_skora_naturalna_z144.html
  2. Najzwyklejszy  kominek do palenia wosków. Klasyczny, prosty wygląd to coś  czego szukam.
  3. Sławne już woski yankee candle w świąteczno-jesienno-zimowych zapachach. Z wielką chęcią przetestuje. http://zapachdomu.pl/wyniki-wyszukiwania.php?z=S%B3odko%20-%20s%B3ony%20karmel&rodzaj=seria&k=2
  4. Filc artystyczny- mam w planach stworzenie filcowych ozdób choinkowych.
  5. Płyn złuszczający marki Cleanic. Po przetestowaniu zestawu miniaturek sądzę, że jest wart swojej ceny i przymierzam się w tym miesiącu do zakupu pełnej pojemności. http://www.douglas.pl/douglas/Piel%25C4%2599gnacja-Twarz-Oczyszczanie-Clinique-System-piel%C4%99gnacji-3-Kroki-Clarifying-Lotion-4_productbrand_3000041629.html

poniedziałek, 4 listopada 2013

Odnaleźć siebie

Pogubiłam się. Pogubiłam się w rzeczywistości. Długo zastanawiałam się jak się odnaleźć. Doszłam do wniosku, że muszę jasno określić swoje cele i postanowienia. Nie mam tu na myśli planu podbijania świata, ale metodę małych kroków, wytyczania kolejnych stopni do osiągnięcia. A w czym tkwi  tak naprawdę problem, a w tym, że chciałabym aby moje życie ruszyło do przodu ale brak mi koncepcji w jaki sposób mam je poruszyć. Dlatego też zaczynam od naprawy, poprawy i doskonalenia drobnych rzeczy. Pierwszą z nich będzie powrót na bloga i systematyczne umieszczanie nowych postów. Dodatkowo po raz tysięczny z kolei ruszyłam swój angielski, jednak tym razem troszeczkę inną metodą i wydaje mi się, że ciekawszą. O tym może jednak w innym poście. I to by było na tyle, uciekam walczyć z rzeczywistością.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Moje małe Zakopane

Jak już wspominałam w tym roku raczej na pewno mogę wybić sobie z głowy prawdziwe wakacje. Dlatego też pozostaje mi jedynie wybierać się na krótkie weekendowe wypady. Zawsze w takich sytuacjach punktem obowiązkowym moich letnich eskapad jest Karpacz.
Karpacz to takie małe Zakopane zlokalizowane w województwie dolnośląskim, w paśmie Sudetów Zachodnich, u podnóża Śnieżki oraz w dolinie rzeki Łomnica. Miasteczko liczy zaledwie 5 tys. mieszkańców i jest miejscem typowo turystycznym. Wzdłuż całej głównej ulicy funkcjonuje pełno restauracji, barów, oraz zajazdów. Jednak nie jestem w stanie stwierdzić, które miejsce jest najlepsze, ponieważ zawsze jak spędzamy wolny czas w Karpaczu to głównie żywimy się na szlaku, ale wszystko do początku. 
Przynajmniej raz do roku muszę przejść szlakiem na samą Śnieżkę. Pozwala mi to na zrelaksowanie się, podziwianie pięknych widoków. Moim ulubionym szlakiem jest ten, dzięki któremu w drodze na górę mijamy dwa przepięknie zlokalizowane schroniska PTTK "Samotnia" oraz "Strzecha Akademicka". "Samotnia" to jedno z najstarszych i najpiękniejszych schronisk usytuowanych w Karkonoszach. Pierwsze wzmianki o domu nad jeziorem pochodzą z 1670 roku. Od 1966 roku z oddaniem prowadzone przez rodzinę Siemaszko. Idealne miejsce dla osób, które pragną wyciszenia. Drugie schronisko "Strzecha Akademicka" położone jest 1258 m.n.p.m i oddalone jest o 10 minut drogi od "Samotni". Pierwotnie była to pasterska buda, którą z czasem pod wpływem ruchu turystycznego rozbudowano. Obecnie w schronisko oferuje 140 miejsc noclegowych. U końca wędrówki oczywiście jest Śnieżka najwyższy szczyt w Karkonoszach tj. 1602 m.n.p.m. i muszę Wam przyznać, że nic tak dobrze nie smakuje jak przypalony krokiet i barszcz czerwony z torebki po kilku godzinnej wyprawie zakończonej na szczycie góry. No dobrze ale co można robić w Karpaczu jeśli nie lubi się aktywnej turystyki górskiej. A no właśnie oprócz szerokiej gamy gastronomicznej miasto oferuje dwie zjeżdżalnie rynnową i szynową, które zachwycą każde dziecko a także niejednego dorosłego. Można się również wybrać do muzeum zabawek, parku linowego, western city czy parku miniatur. Znaną atrakcją turystyczną jest również kościół Wang, który zbudowany został bez użycia gwoździ. A ci którzy chcieli by jednak znaleźć się na Śnieżce i podziwiać zapierające dech w piersiach widoki mogą udać się na wyciąg.
Jak widać Karpacz to miejsce dla każdego małego i dużego.


środa, 24 lipca 2013

Ostre starcie

Nigdy jakoś specjalnie nie zwracałam uwagi na peeling do twarzy. Nie myślałam, że może w szczególny sposób wpłynąć na poprawę stanu mojej cery. Takie przeświadczenie towarzyszyło mi aż do momentu otrzymanie w swoim pierwszym pudełku Glossybox a wraz z nim szafirowego peelingu przeciwzmarszczkowemu YOSKINE od Dax Cosmetics, przeznaczony do cery normalnej i mieszanej do stosowania raz  tygodniu. Zgodnie z tym co podaje producent w produkcie znajdziemy sproszkowany Szafir, Duo-Kwas hialuronowy oraz Sebumatrix.
 Tyle teoretycznych informacji, czas na subiektywne odczucia. Osobiście nie szczególnie wierzę w przeciwzmarszczkowe właściwości peelingu jednak wcale nie skreślam jego atutów. Faktycznie ma bardzo zmielone drobinki, które doskonale ścierają martwe komórki naskórka. Po jego zastosowaniu moja skóra jest oczyszczona, gładka oraz poprawiła się jej kondycja. Do jego dodatkowych atutów można zaliczyć zapach. Peeling przeznaczony dla osób, które lubią efekt mocnego ścierania. Zdecydowanie zakupie kolejne opakowanie.

wtorek, 23 lipca 2013

Kilkogramy na wagę złota

Z początkiem nowego roku postanowiłam rozpocząć walkę ze swoimi zbędnymi kilogramami. Ze startowej wagi 65 kg udało mi się zgubić aż 6. Jednak nie to jest najważniejsze. Wszystkie obwody zmniejszyły mi się o kilka dobrych centymetrów. Rozmiar 40 zamieniłam na 36. Nie udało by mi się to wszystko jedynie trzymając się diety. Dużą rolę w procesie kształtowania się mojego nowego stylu życia miały ćwiczenia. Próbowałam wielu różnych wariantów: fitnes, zumba, siłownia, rower, ćwiczenia w domu przed telewizorem bądź w fitness klubie. Po wielu próbach i doświadczeniach dochodzę do wniosku, że najlepszy wpływ na moje ciało ma bieganie. Nogi wysmukliły się, nabrałam większej wytrzymałości.
 Po kilku tygodniach walki powróciłam do zwykłych zwyczajów żywieniowych jednak w dalszym ciągu utrzymując aktywność fizyczną na podobnym poziomie (no ostatnimi czasy coraz częściej zdarza się mi się odpuszczać). Niestety jednak myślę, że to nie to, że w dalszym ciągu powinnam pracować nad sobą. Lato w pełni, słońce smaży a ja nie mam najmniejszej ochoty narzucać sobie reżimów żywieniowych lecz jednocześnie chcę poprawić swój wygląd. I co teraz? Może jakiś kompromis, nie mam innego wyjścia. Przecież tak dobrze mi szło, wszystko miałam dopięte na ostatni guzik. 
Nie przedłużając od 01.08 powracam do zdrowego odżywiania i solidnej aktywności fizycznej. Do tego czasu opracuje sobie optymalną do siebie dietę. Z ćwiczeń fizycznych zdecydowanie stawiam na zumbe, bieganie zarówno na bieżni jak i w terenie, być może jakiś basen oraz areobik.

Dzięki poszukiwaniu swojego własnego zdrowego stylu życia odkryłam w sobie zamiłowanie do biegania. Ma ono bardzo dobry wpływ na mój organizm zarówno pod kątem fizycznym jak i psychicznym. Przez dłuższy czas biegałam w starych adidasach jednak nie skończyło się to dobrze dla moich stóp, na których nigdy w życiu nie było tylu pęcherzy. Dlatego też postanowiłam odrobinkę zainwestować. Dlaczego odrobinkę, a to dlatego że zakupiłam adidasy do biegania z Lidla. Skuszona pozytywnymi recenzjami zdecydowałam się je nabyć. Nie chciałam od razu wydawać kilkuset złotych, ponieważ muszę sprawdzić najpierw swoje zaangażowanie i wytrwałość w postanowieniu. Jak na razie buty sprawują się bardzo dobrze, są wygodne, solidnie wykonane, zobaczymy co będzie dalej.

sobota, 20 lipca 2013

A może morze?

Ustka to miasto, które kocham. Sezon wakacyjny w pełni. W tym roku niestety skazana jestem na wakacje w mieście. Jednak gdybym tylko miała okazję wyruszylibyśmy do mojego ukochanego nadmorskiego miejsca jakim jest Ustka. Co niektórzy zaczną się teraz pukać w czoło. Jak można spędzać wakacje i wypoczywać w tak obleganym kurorcie. Szczerze mówiąc, dzięki wszystkim zaletom, a jest ich wiele, nie przeszkadza mi tak liczna rzesza turystów. A może nie tyle nie przeszkadza ile nie zauważam tych tłumów, a wszystko dlatego, że czuję się tam jak w domu.

Starczy tego rozpływania się, czas teraz na jakieś fakty i konkrety. Ustka posiada jedną z najpiękniejszych plaż w Polsce. Dzięki temu, że deptak usytuowany jest w sąsiedztwie plaży można spędzać czas w pobliskich knajpkach, rozkoszując się widokiem fal i szumem morza. Samo miasteczko jest małe, wszędzie można dojść na piechotę a niskie, wyremontowane kamieniczki nadają charakterystycznego uroku. Wszystko pięknie ale jak tam z cenami. Tak jak i wszędzie, czyli bardzo zróżnicowanie. Z własnego doświadczenia wiem, że realny jest fakt spędzenia 7 dni w Ustce w dwie osoby za 1.5 tys zł wliczając w to również podróż. Rok temu udało nam się znaleźć pokoje, w domku przylegającym do deptaku, także do samej plaży mieliśmy ok 50 m.  Koszt noclegu dla jednej osoby w takim miejscu kształtował się na poziomie 40 zł. Jedynym minusem była wspólna łazienka dla całego piętra.

Kolejny punkt warty omówienia to wyżywienie. Jak w każdej nadmorskiej miejscowości ceny dań potrafią być kosmicznie drogie. Warto jednak zapoznać się z ofertą dań dnia w różnych restauracjach, dlatego że w takiej ofercie obiad składający się z dwóch dań kosztuje w granicach 15-20 zł. Najtańsze i najsmaczniejsze smażone rybki nie znajdziecie w wyszukanych lokalach a w małych drewnianych budkach, w których serwowane są prosto ze świeżych porannych połowów. W samej miejscowości funkcjonują małe markety typu "biedronka", dzięki czemu we wszelkie potrzebne artykuły spożywcze można zaopatrzyć się za rozsądną cenę. A szczerze powiedziawszy nic nie smakuje tak dobrze jak pizza hawajska, nawet średniej jakości, zjedzona na usteckim molo w porze zachodzącego słońca.
Spędzając czas w Ustce nie można narzekać na brak atrakcji. Rejs pirackim statkiem, szybka przejażdżka motorówką, siatkówka plażowa, pokazy sztucznych ogni, koncerty to tylko niektóre z nich.
Podsumowując jak na razie nie mam ochoty eksperymentować z innymi lokalizacjami, ponieważ Ustka to jest to miejsce, w którym tak naprawdę odpoczywam.








środa, 10 lipca 2013

Hit czy Kit?, czyli ulubieńcy i buble

Tym razem zdecydowany ulubieniec- antyperspirant Roll-on Soraya Oxygen mocna antybakteryjna ochrona 24h. Faktycznie muszę przyznać, że antyperspirant w 100% spełnia moje oczekiwania. Przyjemny zapach, który utrzymuje się praktycznie przez cały dzień, doskonała ochrona przed poceniem oraz 0% alkoholu to główne zalety produktu. Dodatkowo zgodnie z tym co napisał producent nie brudzi ubrań (chyba pierwszy taki antyperspirant na jaki natrafiłam). Mimo tylko niepodważalnych zalet można nabyć go w rozsądnej cenie nie przekraczającej 10 zł.

Szczerze mówiąc gdyby nie promocja w Rossmanie- dwa w cenie jednego nigdy bym nie zdecydowała się na jego zakup. Dlaczego? A to dlatego, że przyzwyczajona byłam do antyperspirantów typu Fa, Dove, Addidas itd. Jednak nie żałuje i na pewno do niego powrócę.
Ocena końcowa: 5/5

piątek, 7 czerwca 2013

Za darmo?

Czy można dostać coś całkowicie za darmo? Jak się okazuje jak najbardziej. Firma Cleanic zorganizowała akcję, w której 100 pierwszych osób miało okazję otrzymać do przetestowania nowość czyli dezodorant w chusteczce. I tak oto udało mi się otrzymać przesyłkę z Cleanic. A w paczuszce były dwa opakowania chusteczek w wersji zielonej "Fresh" oraz w wersji różowej "Soft". Każde opakowanie zawiera 12 sztuk chusteczek, które jak podaje producent nadają się do oczyszczania oraz chronienia przed potem okolic pach, dłoni oraz stóp. Dodatkowo chusteczki nasączone są jonami srebra, dzięki czemu posiadają właściwości antybakteryjne. 
Tyle teorii a jak to wygląda w praktyce. Tak się złożyło, że w dniu dostarczenia przesyłki miałam w planach zajęcia w fitness klubie, wiec były to idealne warunki, żeby przetestować dezodorant w chusteczkach Cleanic. Zdecydowałam, że jako pierwsze pod lupę pójdą chusteczki Fresh. No i muszę przyznać,że mimo mojego pierwotnego powątpiewania sprawdziły się nie gorzej od tradycyjnego antyperspirantu w kulce. Faktycznie zauważyłam znaczne zmniejszenie pocenia w obrębie zastosowania produktu. Jeśli już bym miała się do czegoś przyczepić to do mało intensywnego zapachu. Po aplikacji produktu jednie przez krótką chwilę go czułam. 
Podsumowując, dezodorant w chusteczkach doskonale sprawdzi się zarówno jako odświeżenie w ciągu dnia jak i jako antyperspirant podczas ćwiczeń fizycznych. Małe wymiary opakowania sprawiają, że idealnie wpasuje się w każda damską torebkę.


niedziela, 3 marca 2013

Bilans grubasa

Dlaczego postanowiłam się z Wami podzielić walką „JA” vs „KOLOGRAMY”? A to dlatego, że chciałam opowiedzieć o tym światu, chciałam mieć świadków i sprawdzić czy się da. A poza tym jak już raz się dziobem kłapnie to trudno go będzie zatkać ciasteczkami. I tak oto minęły już dwa miesiące. Ubyło 5 kg. Utknęłam na 60 grrr. Jednak staram się nie załamywać, ponieważ sporo ćwiczę, chyba więcej niż przez 5 ostatnich lat razem wziętych. A jak wiadomo mięśnie swoje ważą mimo mniejszej objętości. Największym pozytywem po 60 dniach poza stopniowym odzyskiwaniem swojej starej garderoby jest to, że zdrowe odżywianie i ćwiczenia fizyczne stały się moim hobby, przyjemnością pasją. Namiętnie zgłębiam temat. Tymczasem chwilo trwaj- walczę dalej.

środa, 20 lutego 2013

Z pamiętnika grubasa

W przeciągu ostatnich lat z powodu siedzącego trybu życia oraz choroby która się przyplątała a która skutecznie namąciła w szybkości mojej przemiany materii przytyło mi się raptem 15 kg. W momencie krytycznym czułam się jak jak napompowany pączek o konsystencji galaretki. Z okazji rozpoczynającego się nowego roku i czynionych w tym czasie postanowień noworocznych obiecałam sobie zabrać się za swoją szanowną grubą osobę. Jestem na początku drogi a mimo to już przechodziłam przez kryzys.
Stan wyjściowy 65kg po 1,5 miesięcznej walce 3 kg mówię pa pa. Obecnie moja waga oscyluje w przedziale 61-62 kg po kryzysie podnoszę się z kryzysu i wierzę w to, że moja konsekwencja i upór przyniesie zamierzone efekty.
Moją dieta nie została ustalona przez żadną dietetyczkę. Jest ona efektem kompromisu pomiędzy tym co jestem w stanie zjeść a tym co mogę.

środa, 13 lutego 2013

Poliglota

Czy to prawda, że można nauczyć się jakiegokolwiek języka samodzielnie? Bez uczęszczania na żadne kursy, bez domowych "korepetycji". Czy to w ogóle jest możliwe? No właśnie hmmm. Postanowiłam to sprawdzić na własnej skórze. W związku z tym, iż od dłuższego czasu mam silne postanowienie nauczenia się języka angielskiego, 4 miesiące temu zapisałam się na fachowy kurs. Języka angielskiego uczyłam się od gimnazjum jednak w żadnym momencie jego poziom nie pozwalał na sprawne komunikowanie się. I tak ambitnie podeszłam do tematu zasięgając pomocy u specjalistów. W związku z tym przez ostatnie miesiące brałam udział w zajęciach Empik School. Hmmm i cóż mogę stwierdzić po takim czasie, nie jestem zadowolona. Niby 3h w tygodniu lecz czas ten trzeba dzielić z kilkoma innymi osobami. Nie wiem czy tylko ja tak trafiłam ale prowadzący nie potrafił w ogóle dotrzeć do osób które miały problemy z przełamaniem bariery mówieni, dlatego też skupiał się jedynie na tych którzy z konwersacją radziły sobie dobrze. Moim zdaniem mijało się to z celem. Wypisałam się, szkoda pieniędzy na coś co i tak nie przynosi rezultatów. Obecnie postawiłam na działanie dwutorowe: samodzielna, konsekwentna nauka słownictwa i zasad gramatyki oraz znalezienie odpowiedniej osoby, z którą raz w tygodniu przez 60 minut, będę mogła prowadzić konwersacje. Finansowo wychodzi korzystniej no i najważniejsze, że wszystkie minuty będą poświęcone na rozwijanie moich umiejętności językowych.
 Na dzień dzisiejszy poziom moich zdolności lingwistycznych oceniam na 4 jeśli chodzi o słownictwo i -3 jeśli chodzi o zdolności komunikowania się.
Podejmuję walkę. Konsekwentna nauka słówek i gramatyki jeszcze tylko muszę opracować plan działania, a następnie poszukiwania i selekcja native speakera.